Odnośnik

Zachowała się jedna w Cybince w woj. Lubuskim… Jest na niej wizerunek Józefa Stalina i propagandowe hasło – nasza sprawa jest słuszna, zwyciężyliśmy. Otóż trzeba zapytać, czyja sprawa jest słuszna? Stalina?

Tak, z pewnością żołnierze armii czerwonej, którzy ginęli na ziemiach polskich mieli dobre intencje walki z niemieckim nazizmem, ale jak powiedział kiedyś Donald Tusk – nie mogli nam przynieść wolności, bo sami byli zniewoleni. Przez Stalina właśnie. Sprawą Stalina było zagarnięcie pół Europy w tym Polski. Tablica w Cybince niestety o tym przypomina. Nie jest to dobre miejsce. Wizerunek zbrodniarza nie powinien znajdować się na cmentarzy w Cybince.

W „Nowej Europie Wschodniej” napisaliśmy list do odpowiednich władz z apelem o usunięcie tablicy – kto ma ochotę się podpisać, niech wejdzie na stronę www.new.org.pl

 

 

 

Brawo Franciszek!!!

Wypowiedź papieża Franciszka przypominająca o rzezi Ormian w czasie I wojny światowej i nazwanie rzeczy po imieniu (Ludobójstwo) zasługuje na najwyższy szacunek. W sto lat po tej zbrodni czas najwyższy, by Turcy odnaleźli się w gronie cywilizowanych narodów i przyznali ten prosty fakt, że ich przodkowie po prostu wymordowali ponad milion osób. Zresztą Turcja już to kiedyś zrobiła – skazując zaraz po wojnie głównych architektów zbrodni.

Dziś Turcy jednak negują fakt ludobójstwa. Czego się boją? Odszkodowań? Historia okazała się dla nich łaskawa – z wojennej zawieruchy wyszli praktycznie  bez strat na wschodzie. W rękach tureckich pozostały wszystkie najważniejsze dla Ormian punkty – łącznie z górą Ararat. Niepodległa dziś Armenia to tylko skrawek ziem, na których zamieszkiwali kiedyś Ormianie. To biedny kraj, skorumpowany i traktowany przez Rosję jak półkolonia. Naprawdę Ormianom należy się chociaż taka satysfakcja, że prawda o roku 1915 dotrze do światowej opinii międzynarodowej. Wiele osób – także w Polsce – nie ma pojęcia o tym, że Ormianie byli masowo mordowani. Dobrze więc, że Franciszek o tym powiedział i nawet dobrze, że Turcja zareagowała tak ostro na te słowa – zrobił się skandal, a ten tylko nadaje sprawie rozgłos.

 

 

Oby Merkel miała rację

Ważą się właśnie losy nowego planu pokojowego dla Ukrainy, który próbują opracować przywódcy Niemiec i Francji i uzgodnić go z Władimirem Putinem oraz Petro Poroszenką. Angela Merkel zdecydowanie stawia na dyplomację. Jak sama mówi, nie ma pewności, że dyplomacja zadziała, ale trzeba próbować. Jest zdecydowanie przeciwna udzielaniu Ukrainie pomocy zbrojnej o czym napomknęli politycy Stanów Zjednoczonych. Liczy, że Putina da się nakłonić w toku rozmów. Czyżby? Oczywiście, byłoby lepiej, gdyby Merkel miała rację. Trudno jednak wierzyć, że tak będzie – mińskie porozumienia nie przyniosły żadnego efektu, bo cały czas naruszają je separatyści, czyli tak naprawdę Rosja. Obserwatorzy są zgodni, że jeśli teraz Putin zaczął rozmawiać z Merkel i z Hollandem, to właśnie dlatego, że wystraszył się groźby zaopatrywania Ukraińców w broń. Nie bardzo wierzę w argument, że dostarczenie Ukraińcom broni (zwłaszcza defensywnej) doprowadzi do eskalacji konfliktu i śmierci jeszcze większej liczby ludzi. Tego wcale nie wiemy. Wiemy, że na razie Zachód nie pomaga zbrojnie Ukrainie, a ludzie i tak giną. Do eskalacji walk doszło w ostatnich tygodniach, separatyści atakują.

W tym konflikcie przecież nie chodzi o to (czy raczej nie tylko o to chodzi), czy separatyści posuną się 20 kilometrów dalej czy nie. To jest konfrontacja Rosji z Zachodem. Powstrzymać Putina może tylko przegrana w tej konfrontacji. A więc wojna, która go wykończy finansowo, która sprawi, że społeczeństwo nie będzie chciało ponosić dalszych kosztów jego szaleńczej polityki.

Wujek Sam – mało dam

Prezydent USA Barack Obama postanowił starać się o zwiększenie w budżecie USA pomocy dla Europy Wschodniej. Uważa bowiem, że ważnym zadaniem jest powstrzymywanie Rosji. I tak z 789 milionów dolarów, które mają pomóc w powstrzymywaniu agresywnej polityki Kremla, 117 ma iść na Ukrainę, a 51 na Mołdawię. Stany Zjednoczone mają także przeznaczyć całe 16 milionów dolarów na wsparcie wolności słowa – czyli media.

Rosyjska sekcja BBC podliczyła, że 789 milionów dolarów, to mniej więcej 1 procent rosyjskich wydatków na zbrojenia przewidzianych w budżecie. Jeśli chodzi o media to budżet propagandowej rosyjskiej telewizji Russia Today w 2015 roku ma wynieść 236 milionów dolarów, a agencja Rossija Siegodnia dostanie 100 milionów dolarów…

Najwyraźniej Obama jest przekonany, że Dawid zawsze musi wygrać z Goliatem.

Na Zachodzie trwa dyskusja czy i jak wesprzeć Ukrainę. Nie ulega wątpliwości, że Ukraińców trzeba wesprzeć i to jak najszybciej. To państwo na skraju bankructwa i walczące o przetrwanie. Oczywiście muszą być zachowane wszelkie środki kontroli (nie wątpię, że nawet w takiej sytuacji część pieniędzy mogłaby na Ukrainie zostać zmarnowana), ale przecież i tak cały czas mowa o kwotach wielokrotnie niższych niż te, które wpompowano już w zaludnioną leniami Grecję.

 

Broń dla Ukrainy?

„Financial Times” przekonuje, że Zachód powinien dostarczać Ukrainie broń – bo dotychczasowe metody powstrzymywania Putina nie przynoszą skutku. Wojna musi go kosztować więcej strat w pieniądzach, sprzęcie i zwłaszcza ludziach, by zaczął wycofywać się ze swojej agresywnej polityki.

Dobrze, że ten głos wyszedł ze strony brytyjskiej gazety – będzie poważnie odebrany. Polska powinna włączyć się w dyskusje. Teraz może to spokojnie robić, bo zawsze może wykazać, że tylko dołącza się do dyskusji wszczętej na Zachodzie. Że nie kieruje nami nasza „rusofobia”.

Oczywiście dostarczenie broni Ukraińcom będzie postawieniem kropki nad „i” w konflikcie z Rosją. Może jednak taką kropkę trzeba już postawić? Ale wiele też zależy od Ukrainy, która powinna w końcu przestać udawać, że nie jest w stanie wojny. Ukraina unikała wprowadzenia sankcji przeciw Rosji, gdy prosiła o ich wprowadzenie zachodni świat. Unikała też wprowadzenia stanu wojennego. Owszem, stały za tym poważne argumenty – chęć ograniczenia zasięgu konfliktu. Widać jednak, że nie przyniosło to skutku.

Zły rok dla Europy Wschodniej

Wojna, ponad cztery tysiące zabitych, aneksja Krymu, nowa zimna wojna między Wschodem i Zachodem, kryzys gospodarczy, wzrost cen, obniżenie jakości życia wielu milionów ludzi, wrogość między narodami Ukrainy i Rosji, zawrócenie Armenii z drogi do Europy, zaostrzenie sytuacji w Górskim Karabachu (znów zabici), strzelaniny w Groznym, prześladowanie Memoriału, wyroki na Nawalnych – to tylko niektóre złe rzeczy, jakie przytrafiły się na terytorium poradzieckim w 2014 roku. Jest tego więcej. Bowiem nawet sytuacja w Gruzji czy w Mołdawii nie jest już tak oczywista, jakby się chciało.
Wszystkie te niepokojące zjawiska mają jeden wspólny mianownik: Władimir Putin.
Niestety ten człowiek zepsuł wielu milionom ludzi życie w ostatnim czasie. I niestety nic nie zanosi się na to, by w 2015 roku miało być wiele lepiej. Liche zawieszenia broni w Donbasie nie przynoszą skutku, recesja może się jeszcze tylko pogłębić, a Putin może napsuć jeszcze wiele krwi.
Niektórzy wieszczą powrót do czasów zimnej wojny, inni widzą analogie z 1998 rokiem (wielki kryzys w Rosji i w następstwie w krajach ościennych).
Nie bardzo widać recepty – jedynym wyjściem wydaje się dalsze naciskanie na Putina poprzez sankcje i mocniejsze wspieranie proreformatorskich rządów krajów Europy Wschodniej.
To oczywiście trochę schizofreniczne, bo wsparcie, które Zachód może zaoferować na przykład Ukrainie, zostanie „zjedzone” przez kryzys na Ukrainie wywoływany złym stanem objętej sankcjami gospodarki rosyjskiej (Ukraina jest mocno związana gospodarczo z Rosją). Błędne koło.
Pocieszające w tym wszystkim jest jedno. Gołym okiem widać, że „imperium Putina”, którego wszyscy się tak boją wcale nie jest takie silne. Gospodarki Rosji jest wrażliwa i słaba. Stać go na wysyłanie „dobrowolców” do Donbasu, fruwanie samolotami przy granicach NATO i… to właściwie wszystko.
Putin więc niby wiele osiągnął – olimpiada w Soczi, „ozdyskanie Krymu” ale tak naprawdę jego Russkoje igristoje, jakiego sie napił w tego sylwestra też musiało być wyjątkowo cierpkie.

Podwójna gra Brukseli

Na Białorusi – kraju położonym w przeszłości na obrzeżach imperium radzieckiego, dziś na obrzeżach Europy Wschodniej niejednokrotnie decydowały się losy świata. To tu mieszkał i utrwalał się w wierze w socjalizm Lee Harvey Oswald – późniejszy zabójca prezydenta J.F. Kennedy’ego. To tu, w Wiskulach, miejscowości położonej głęboko w Puszczy Białowieskiej przesadzono o rozpadzie Związku Radzieckiego. Dziś, w Mińsku ma miejsce szczyt Ukraina-Unia Europejska-Unia Celna. To wydarzenie trudno jest nazwać przełomowym. Choć być może przedstawiciele Unii Europejskiej poczują, tu w Mińsku, że warto wspomóc Ukrainę. Opracować wobec Kijowa długofalową i przemyślaną politykę, by kraj nad Dnieprem nie przypominał smutnego państwa pod butem Rosji jakim jest Białoruś.
Na szczycie spotkają się politycy unijni – przybyła szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton, jest obecny prezydent Ukrainy – Petro Poroszenko, prezydent Rosji – Władimir Putin oraz przedstawiciele państw członkowskich półmartwego tworu, czyli Unii Celnej (w jej skład oprócz Rosji wchodzi Białoruś i Kazachstan).
Politycy mają omówić kwestie dotyczące m.in. polityki energetycznej Rosji wobec Ukrainy oraz uregulowania konfliktu na wschodniej Ukrainie.
Trudno jest doceniać znaczenie takich dyplomatycznych inicjatyw, w chwili kiedy na Ukrainie Rosja zaczyna prowadzić wojnę już nie hybrydową, ale coraz bardziej otwartą. Trudno jest także dostrzec „przełom” w spotkaniu prezydentów Poroszenki i Putina, w chwili gdy Donbas – przemysłowe serce Ukrainy jest przez Rosję praktycznie zrównywane z ziemią. Rosyjskie wojska niszczą kopalnie, ważne ośrodki przemysłowe. Strona rosyjska niczym nie możne nas na tym szczycie zaskoczyć – prezydent Putin od samego początku wojny na wschodzie Ukrainy opowiadał się (oczywiście jedynie w przemówieniach) za szybkim i pokojowym uregulowaniem konfliktu. W tym samym czasie wysyłał do obwodów donieckiego i łuhańskiego ciężki sprzęt wojskowy, a rosyjskie wojska ostrzeliwały kolumny uciekających z miast ogarniętych wojna cywilów. Moskwa jest więc przewidywalna. A Bruksela? W debacie o sytuacji na Ukrainie ważniejsze jest stanowisko Unii Europejskiej, która niestety podobnie jak Moskwa prowadzi podwójną grę. Dla elit politycznych i intelektualnych „starej” Unii, Ukraina często nie jest Europą, jest „dzikim polem”, „rosyjska strefą wpływów”. Dlatego z jednej strony z ust polityków niemieckich padają słowa o „niekorzystnej sytuacji wynikającej z izolacji Rosji”, z drugiej strony kanclerz Angela Merkel obiecuje fundusze na odbudowę Donbasu – ten gest zauważa i chwali prasa. W kalkulacjach, ile traci się na sankcjach nałożonych na Rosję, być może europejskim politykom umykają pewne ważne procesy. Otóż jest szansa, że Ukraina z obecnego konfliktu wyjdzie zwycięska. Stanie się państwem, którego obywatele i przede wszystkim elity polityczne poczują, że to na nich spoczywa odpowiedzialność za kraj. Takie stwierdzenie wydaje się być truizmem, jednak procesy społeczne, które dziś zachodzą w kraju nad Dnieprem mają charakter przełomowy. Być może „nowa Ukraina” z silnym narodem politycznym będąca dużym krajem o potencjale rolniczym i przemysłowym ma szansę być kiedyś ważnym partnerem dla Unii Europejskiej. Jednak aby tak się stało, w kraj ten Unia musi inwestować już dziś.

Ukraina to nie Rosja

Na Ukrainie – na wzór Rosji – wprowadza się pojęcie zagranicznych agentów, zabrania się mitingów bez zezwolenia władz, a nawet „samochodowych protestów”. Jednak nie można zapomnieć o jednym: Ukraina to nie Rosja.
Słów tych użył już kilkanaście lat temu były prezydent Ukrainy – Leonid Kuczma. „Ukraina to nie Rosja” – taki właśnie tytuł nosiła książka Kuczmy, będącego bądź co bądź, jednym z ojców ukraińskiego autorytaryzmu. Teraz Janukowycz łudzi się, że rosyjskie rozwiązania pomogą mu w poradzeniu sobie z kryzysem politycznym w kraju. Choć protesty na kijowskim Majdanie słabną, to jednak ukraiński przywódca zdaje sobie sprawę, że w ukraińskim społeczeństwie tkwi olbrzymi potencjał protestacyjny. Ukraińcy są w stanie wyjść na ulice i stać tam miesiącami. Więcej: opozycja zapowiada, że mitingi – w różnych formach – mają trwać aż do 2015 roku, czyli do czasu wyborów prezydenckich. Stąd chcąc powstrzymać protesty ukraińskie parlament przyjął uchwałę (w atmosferze skandalu, głosowano jedynie przez podniesienie rąk) ograniczającą prawa obywateli. Otóż ukraińskie organizacje pozarządowe korzystające z zagranicznych dotacji (większość z tych dotacji korzysta) mają obowiązek informowania o tym fakcie na wszystkich materiałach reklamowych oraz na stronach internetowych. Są także zobowiązane do umieszczenie odpowiedniej adnotacji: „jestem zagranicznym agentem”. Ponieważ ukraiński ruch protestu jest dynamiczny i organizowany z humorem, rządzące elity postanowiły zareagować na najnowsze formy protestu i zabraniają „samochodowych protestów”. Polegają one na blokowaniu ulic, na których znajdują się siedziby ważnych urzędników, czy też położonej pod miastem rezydencji Janukowycza. W nowym prawodawstwie pojawił się także zapis o możliwości ekspresowego zabrania deputowanemu immunitetu – to na wypadek, gdyby opozycja chciała zbyt gorliwie angażować się w Majdan.
Wszystkie te przepisy utrudnią życie ukraińskiej opozycji, a także społeczeństwu obywatelskiego. Wielu Ukraińców wychodzących na Majdan nie popiera konkretnej siły politycznej – sprzeciwia się obecnej władzy. Jednak czy Janukowycz sam nie doleje oliwy do ognia? W pierwszych dniach protestów na ulice Kijowa wyszli ludzie popierający integrację Ukrainy z Unią Europejską. Protesty rosły w siłę w momencie, gdy władza zaczęła je rozganiać i używać siły. Chęć tak znacznego ograniczenia praw obywatelskich i manipulacja prawem może wzbudzić sporą niechęć do Janukowycza i jego popleczników wśród Ukraińców, którzy do tej pory byli neutralni.

Euromajdan

Jaka jest siła Julii Tymoszenko? – tą siłą jest przede wszystkim charyzma byłej pani premier. Charyzma, której brakuje większości ukraińskich polityków (może ma ją jeszcze np. Witalij Kliczko, ale na pewno nie posiada jej prezydent). Jednak czy Tymoszenko jest jeszcze w stanie użyć charyzmy w politycznych rozgrywkach? Analitycy ukraińskiej polityki dziwią się, że dla Janukowycza jej uwolnienie stanowiło aż taki problem (w dużej mierze problem psychologiczny). Prezydent mógł przecież postąpić z Tymoszenko podobnie, jak postąpił z Jurijem Łucenką (byłym ministrem spraw wewnętrznych) – wypuścić na wolność, pozbawić biernego prawa wyborczego i jeszcze przyglądać się jak na wolności opozycja (z udziałem Łucenki i Tymoszenko) prowadzi „bratobójczą” walkę. Bowiem kryzys i autorytaryzm nie konsolidują ukraińskich polityków opozycji, ale zaprowadzają między nimi jeszcze większe podziały.
Dlaczego więc Tymoszenko wciąż siedzi? Janukowycz ma w pamięci, kto de facto był motorem protestów podczas pomarańczowej rewolucji, kto namawiał ludzi do wyjścia na Majdan, i kto w tym wszystkim zachowywał rozwagę i rozsądek, by tłum nie wszczął burd. To była Tymoszenko. Ludzie słuchali jej populistycznych haseł, wierzyli w nie, widzieli, że Julia Wołodymyrowna ma dużo więcej energii niż Wiktor Juszczenko. Tymoszenko była fenomenem. Dziś była pani premier zza krat stara się uprawiać politykę. Nawołuję (za pośrednictwem swojej córki Jewhienii) do protestów. Z jakim efektem? Na stronie Ukraińskiej Prawdy (www.pravda.com.ua) można zobaczyć relację z „kijowskiego europejskiego Majdanu”, czyli protestów na głównym placu stolicy przeciwko decyzji prezydenta Janukowycza o niepodpisywaniu umowy stowarzyszeniowej z UE. Policja zagradza plac i usuwa z niego ludzi, ale widać, że protest i tak nie jest masowy. Czy historia – do której należy pomarańczowy Majdan – zawsze powtarza się w postaci farsy?
Czy to przemówi do Janukowycza? Gdyby umożliwił Tymoszenko wyjazd na leczenie w Niemczech, była pani premier występowałaby w zachodnich telewizjach, nawołując Ukraińców do protestów przeciw Janukowyczowi i do walki o demokrację. Tylko jaką siłę miałyby te nawoływania?

 

Znudzenie Ukrainą

Im bardziej Unia Europejska przekonuje Ukrainę do jej europejskiego wyboru i zaniża standardy, by namówić ją do podpisania Umowy Stowarzyszeniowej, tym bardziej ukraińscy politycy są aroganccy. Dziś ukraiński parlament nie przyjął ustawy, która miała być wytrychem umożliwiającym wyjazd byłej premier Julii Tymoszenko na leczenie do Niemiec. Aleksander Kwaśniewski ogłasza zakończenie swojej misji na Ukrainie.
Nie jest tak – jak pisze się w polskiej publicystyce – że Ukraina (podpisując, bądź nie umowę z Unią Europejską) dokonuje strategicznego wyboru. Kijów mógłby podpisać dokument podczas zbliżającego się szczytu państw Partnerstwa Wschodniego w Wilnie i dalej niewiele robić sobie z tego faktu – czyli nie implementować umowy. Nie jest też tak, że Moskwa zaraz pożre Ukrainę, ten argument często pojawia się w dyskusjach – to fakt Kijów potrzebuje rosyjskiego wsparcia w postaci zastrzyków finansowych, preferencyjnych cen surowców naturalnych etc., ale przecież Ukraińcy do perfekcji opanowali prowadzenie „wielowektorowej polityki zagranicznej”, nie uczynią z siebie wasala Rosji. Nie pozwolą na to oligarchowie (część z nich należy do elit politycznych), których interesy gospodarcze są na Zachodzie. Prezydentowi Wiktorowi Janukowyczowi nie śpieszy się do Unii Euroazjatyckiej, konkurentki Unii Europejskiej, którą do 2015 roku ma zamiar utworzyć prezydent Rosji Władimir Putin. Pewne jest natomiast jedno: ukraińskie elity polityczne nie potrafiły dostrzec ogromnego poziomu zaangażowania i empatii ze strony Europy. I to jest wielka przegrana Kijowa. Rzadko się bowiem zdarza, że to Unia Europejska jest stroną tak aktywnie zaangażowaną w przyciągnięcie któregoś z krajów Europy Wschodniej. Od dawna powstaje wrażenie, że to Bruksela czyni zabiegi, by Ukraina podpisała Umowę Stowarzyszeniową, a nie stara się o to Kijów. Wobec Ukrainy zaniżane są europejskie standardy, przymyka się oczy na brud ukraińskiej polityki, wszechobecne nieposzanowanie praw człowieka, korupcję i zduszone media. Kijów miał (ma?) więc swój dobry czas w Brukseli. Ma też za sobą ludzi, którzy darzą Ukrainę dużą sympatią i chcą grać rolę jej adwokatów na europejskich salonach – to Pat Cox i Aleksander Kwaśniewski (tworzący unijną misję na Ukrainie, prowadzący rokowania z tamtejszymi elitami politycznymi), a także Sztefan Fule – komisarz UE do spraw rozszerzenia – polityk rozumiejący i ceniący Ukrainę. Za kilka lat Europa może już nie dysponować taką ekipą. Zmieni się czas, zmienią się realia, być może Ukraińcy nie zdają sobie sprawy z faktu, że ich kraj wielu europejskich polityków po prostu niewiele obchodzi. Jeszcze niedawno mówiło się w Europie o „zmęczeniu Ukrainą”, teraz można mówić o ukraińskiej operze mydlanej. Jej kolejne odcinki to starania europejskich polityków, mające na celu przybliżenie Ukrainy do Europy i absurdalne odpowiedzi Kijowa. Zmęczenie można jeszcze przezwyciężyć. Telenowele przestaje się w końcu oglądać, bo się nudzi.