Kobiety od święta

Udowadniają, że są zaradne, mocne, wytrwałe. Tylko, czy to wystarczy by być zauważoną? W przeddzień Dnia Kobiet sprawdźmy, ile o kobietach za naszą wschodnią granicą pisze się w prasie.

Pierwsze skojarzenie ze Wschodem – patriarchalizm. Słusznie: na Białorusi, Ukrainie, w Rosji, Azji Centralnej mężczyźni mają w domu pozycję dominującą (świadczą o tym badania opinii publicznej, raporty organizacji pozarządowych). Kobiety często wcielają się w rolę mężczyzn, biorąc na siebie praktycznie wszystkie obowiązki codzienności (opiekę nad domem, dziećmi, zarabianie pieniędzy). O kobietach jednak dyskutuje się na wschodzie mało. Trochę winne są temu one same – zdradzane, poniżane, borykające się z problemem alkoholizmu męża – jak mantrę powtarzają „byle tylko nie odszedł” i wstydliwe problemy rodzinne chowają pod dywan. Albo też świadomie chcą być „błyskotkami facetów”. Ale wróćmy do gazet. Pomińmy działaczki kultury, aktorki (o nich się pisze, zwłaszcza na portalach plotkarskich). Prawda jest taka: kobiety na terytorium poradzieckim nie zajmują w polityce eksponowanych stanowisk, więc w newsach jest ich mało. Oczywiście w kontekście Ukrainy głośno jest o grupie Femen (co pewien czas organizującej feministyczne happeningi), a także  o osadzonej w więzieniu byłej premier Julii Tymoszenko. Tymoszenko (sądzona obecnie za podpisanie niekorzystnych umów gazowych z Rosją i oskarżona o zlecenie zabójstwa) jest jedną z niewielu kobiet, które zrobiły karierę nad Dnieprem. Biografowie Tymoszenko twierdzą, że pomógł jej w tym temperament, żelazny charakter, konsekwencja w działaniu, a także uroda. Tymoszenko szybko do polityki nie wróci i nikt podobny się też szybko w Kijowie nie pojawi, na pewno nową Tymoszenko nie będzie Natalia Korolewska, choć młoda działaczka polityczna miała taką ambicję (spekulowano nawet, że Korolewska to projekt Partii Regionów). Przerażające: w Rosji o ważnych działaczkach i dziennikarkach stało się naprawdę głośno, kiedy zostały zamordowane. Tak było z Anną Politkowską (wbrew pozorom Politkowska była bardziej znana na zachodzie, niż w kraju), Nataszą Estimirową – dziennikarką, obrończynią praw człowieka związaną z Memoriałem, działającą przede wszystkim na Kaukazie Północnym, a także najmłodszą zamordowaną, Anastazją Baburową – dziennikarką „Nowoj Gaziety” zajmującą się m.in. badaniem działalności grup neofaszystowskich. Białoruś to kraj w którym jest jeden polityk – Aleksander Łukaszenka. Ale to właśnie „Bielarusskaja dielowaja gazieta” postanowiła opublikować sylwetki najważniejszych kobiet w państwie. Wspomnijmy choć niektóre z nich. Listę otwierają kobiety związane z reżimem. Natalia Pietkiewicz to żelazna dama białoruskiej polityki – młoda, dobrze wykształcona, w wielką politykę zaangażowała się w 2001 roku, kiedy została rzeczniczką prasową prezydenta, później została mianowana na zastępczynię szefa administracji Łukaszenki (jest orędowniczką zbliżenia Mińska z zachodem). Choć ustąpiła ze stanowiska po tym jak brutalnie rozgoniono manifestację powyborczą w 2010 roku i dialog białorusi z Brukselą został przerwany,wciąż jest szarą eminencją – zajmuje się miedzy innymi nadzorowaniem białoruskiego łyżwiarstwa i narciarstwa (wiadomo, na Białorusi to dyscypliny bardzo polityczne). Na drugim miejscu „BDG” wymienia Lidię Jermoszynę – to najwierniejszy żołnierz Łukaszenki. Od 1996 roku po dziś dzień sprawuje funkcję przewodniczącej Centralnej Komisji Wyborczej. To Jermoszyna ogłasza kolejne „eleganckie” zwycięstwa Łukaszenki, w kolejnych wyborach. To ona poniża – przed telewizyjnymi kamerami – opozycyjnych kandydatów.

Wśród kobiet związanych z opozycją, „BDG” wymienia Irinę Chalip – dziennikarkę, działaczkę społeczną. Historia rodziny Chalip jest szczególnie nieszczęśliwa. Po wyborach prezydenckich w 12010 roku jej męża i zarazem opozycyjnego kandydata, Andrieja Sannikowa pobito i aresztowano (przebywa obecnie w Wielkiej Brytanii), Chalip także trafiła za kratki, a ich małego syna próbowano umieścić w domu dziecka. Dziennikarka znajduje się obecnie w areszcie domowym. Strasznych kobiecych historii na Białorusi jest wiele: wystarczy wspomnieć Swietłanę Zawadzką, wdowę po zamordowanym dziennikarzu telewizji ORT, Dmitriju Zawadzkim. Swieta do dziś nie wie jak zginął jej mąż i gdzie spoczywa. A matka Dmitrija – pani Olga – nie wierzy, że Dima  żyje i wciąż czeka na jego powrót.

W żadnym z wyżej wymienionych państw, kobiety nie mają tylu – napiszmy eufemistycznie – „problemów”, co w Tadżykistanie, ale tadżycka gazeta „Azja plus” z okazji dnia kobiet postanowiła się pochwalić. I podliczyła, że w Tadżykistanie ponad 1,5 tysiąca kobiet pracuje w milicji – w tym kilkadziesiąt na wysokich stanowiskach.

Tak więc w polityce i szerzej: uczestnictwie w życiu publicznym za wschodnią granicą Polski trudno więc mówić o równouprawnieniu. Choć są dziedziny, w których można je dostrzec: prawdziwe zrównanie kobiet i mężczyzn panuje w dostępie do ciężkiej fizycznej pracy: idąc ulicami, Kijowa, Duszanbe, czy Gori przekonamy się, że nie ma robót „męskich” i lżejszych – „kobiecych”. Kobiety tynkują budynki, pracując na wysokości, kładą asfalt na ulicach, skuwają zima lód, prowadzą ciężarówki.

 

Nic osobistego, tylko biznes

Julia Tymoszenko zapłaciła z własnej kasy za zabicie Jewgienija Szczerbana, bo ten wszedł jej w drogę. Ale nie było to w tym nic osobistego – tylko konflikt interesów. Tak przynajmniej zeznał właśnie Igor Marinkow – jeden ze świadków w toczącym się procesie w sprawie morderstwa deputowanego Szczerbana w latach 90. Tymoszenko miała zapłacić za zabójstwo około 2 milionów dolarów. Warto dodać, że zabójstwo Szczerbana to była prawdziwa rzeź – zginął on, jego żona i jeszcze dwie osoby po tym, jak płatni mordercy na lotnisku w Doniecku otworzyli ogień do przylatującego z Moskwy Szczerbana. Według świadków Tymoszenko była w dobrych relacjach z mordercami, spotykała się z nimi i miło z nimi sobie gawędziła.

17 lat mija od zabójstwa Szczerbana. Całkiem prawdopodobne, że Tymoszenko i jej ówczesny protektor Pawło Łazarenko – mają z tym zabójstwem coś wspólnego. Tego chyba jednak nigdy nie będziemy pewni na sto procent. Po 17 latach świadkowie przypominają sobie detale, a ukraińska Temida właśnie się przebudza.

Czemu dopiero teraz – czemu nie wcześniej? – Trudno oprzeć się wrażeniu, że obecna władza chce wykończyć Tymoszenko za wszelką cenę. Ale – można rzec: nie ma w tym nic osobistego, Julia, to tylko biznes.

 

Śladem „Syberyjskich podróży”

Redakcja dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia” serdecznie zaprasza na spotkanie autorskie Kazimierza Sowy. Będziemy rozmawiać o książce – która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa „Świat Książki” – Moje syberyjskie podróże. Spotkanie odbędzie się 8 lutego o godzinie 18 w księgarni Pod Globusem (ul. Długa 1).

Kazimierz Sowa, duchowny, dyrektor telewizji religia.tv, podróżnik, na Syberii był
wielokrotnie. Jego książka jest nie tylko zapisem tych niezwykłych podróży – rozmów ze spotkanymi ludźmi, rosyjskich tradycji, klimatu zapomnianych wiosek, których nie znajdzie się na mapie. To także wykład na temat historii regionu, jego odkrywców, badaczy, przyrodzy, żyjących tam Polakach.

Sowa prowadzi nas przez Syberię nieznaną, do miejsc w które mało kto dociera, naświetla losy ludzi, którzy niedługo już odejdą. Czyni to lekko, momentami poetycko. Książkę czyta się błyskawicznie i pozostaje już tylko jedno: chęć wyruszenia śladami Autora. Jeśli w najbliższym czasie jest to dla Państwa nieosiągalne, jeszcze raz serdecznie zapraszamy na spotkanie Pod Globusem, by Kazimierz Sowa podzielił się szczegółami, których w książce nie zawarł. A napisał wiele: jak korzysta się z bani w środku zimy – po gorącej parówce należy dać nura w śnieg (najlepiej w stroju Adama), jak na Syberii się pije i poluje na niedźwiedzie. Wierzymy, że Kazimierz Sowa
podzieli się z nami tajemnicami, których napisać nie wypadało.

Ukraina bez parlamentu

Dziś opozycja znowu blokuje obrady parlamentu. Scenki, w których tlumek dobrze ubranych ludzi z rożnymi transparentami okupuje mównicę Werhownej Rady często goszczą w relacjach z Ukrainy. To już taki zwyczaj. Dobrze, jeśli tylko stoją, bo czasem dochodzi do mordobicia. Tu można sobie zobaczyć zdjęcia z 13 grudnia, jak ładnie się prali.

Dziś deputowani opozycji blokują obrady, bo domagają się wprowadzenia systemu indywidualnego głosowania. Sprawa słuszna, bo deputowani rządzącej koalicji nagminnie głosują „za kolegę”.

Tyle tylko, że nasuwa się pytanie czy Ukraina w ogóle jest republiką parlamentarną. Partia rządząca sprowadziła parlament do roli klakiera, bez większego znaczenia.Większość potrzebnych jej praw i tak wychodzi z Administracji Prezydenta i bezwolny parlament tylko je klepie. Opozycja nie mając innych sposobów, głównie blokuje parlament.

Parlament więc nie spełnia swych podstawowych zadań – ustawodawczych i kontrolnych. Sam zresztą jego wybór budził zastrzeżenia. Dziś można powiedzieć, że Ukraina właściwie nie ma parlamentu.

Ale szeregi władzy i opozycji się mieszają – to nie jest tak, że są dobrzy i źli. Raczej wszyscy są kiepscy. Ukraińcy wybrali parlamentaryzm, bo tak nakazywały międzynarodowe standardy, ale z coraz większą determinacją próbują udowodnić, że parlamentaryzm to nie jest system dla nich. Cieszą się z tego wszyscy ci, którzy mówili, że demokracja nie zagości w Europie Wschodniej na stałe, bo najlepiej tym narodom żyje się w „suwerennej demokracji”. Szkoda 🙁

Winny jest prezydent

Niezależny ośrodek badania opinii publicznej na Białorusi, NISEPI opublikował wyniki sondaży przeprowadzonych w grudniu 2012 roku. W warunkach białoruskich – gdzie media są tubą propagandową państwa, a nieliczne opozycyjne wydania (czy rozgłośnie
radiowe) docierają do dość skromnej liczby odbiorców tego typu ankiety pozwalają dowiedzieć się czegoś o nastrojach społecznych. Choć – w ostatnim czasie – prezydent Łukaszenka zrobił wiele, by Białorusini nie tak mocno odczuwali kryzys (miała miejsce choćby podwyżka pensji), to i tak 41 procent ankietowanych stwierdziło, że „rok 2012 był dla nich trudniejszy niż 2011”, taka sama liczba respondentów przyznała, że „2012 rok był w takim samym stopniu ciężki jak 2011”, jedynie 14 procent oceniła go jako „lżejszy”. Z sondażu NISEPI można przede wszystkim wywnioskować, że elitom rządzącym nie pójdzie tak łatwo z wypracowaniem pozytywnego wizerunku w społeczeństwie. Po wyborach prezydenckich z 2010 roku kraj wciąż ogarnięty jest poważnym kryzysem – wystarczy wspomnieć szaloną dewaluację białoruskiego rubla, która nie tak dawno miała miejsce i puste półki w sklepach. Ludzie pogrążyli się w marazmie. W społeczeństwie trudno jest więc wzbudzić optymizm: duża część respondentów, bo aż
47 procent stwierdziła, że „wydarzenia w kraju idą w złym kierunku”. „Tak więc
na swoją przyszłość większość Białorusinów patrzy dość sceptycznie” – czytamy w
raporcie NISEPI. Dla Łukaszenki szczególnie niepokojący jest fakt, że „jako głównego winnego kryzysu” aż 41 procent zapytanych wskazuje właśnie prezydenta, na drugim miejscu znalazł się rząd – 39 procent, mało kto mówi o winie opozycji, bądź wskazuje na Rosję. Na pytanie: „Czy Pani/Pana zdaniem fakt, że prezydent posiada praktycznie pełnię władzy jest pozytywny dla kraju, czy też nie?”, jedna trzecia ankietowanych wybrała pierwszą odpowiedź, natomiast połowa drugą. Ciekawy jest także pogląd białoruskiego społeczeństwa na międzynarodowe położenie ich kraju i postrzeganie najbliższych sąsiadów.  Choć w białoruskiej propagandzie Polska, i Litwa kreowane były na wrogów Białorusi, „siły” siejące zamęt, to na pytanie „dlaczego umowa o małym ruchu granicznym z Litwą i Polską nie weszła w życie” jako winną wymieniło stronę białoruską aż 22 procent zapytanych, jedynie 13 procent wskazało na Polskę, bądź Litwę. W komentarzu do raportu czytamy, że wyżej przytoczone dane nie wróżą jakiś radykalnych zmian na Białorusi: na przykład wybuchu niezadowolenia społecznego.
Na pewno jednak można wysnuć wniosek, że elity rządzące znajdują się w niekomfortowej sytuacji. Łukaszenka, chcąc kolejny raz sięgnąć po władzę będzie się musiał nieźle nagimnastykować. Tym bardziej, że zwykł robić to dzięki „eleganckiemu zwycięstwu” – czyli z ponad 80-dziesięcio procentowym poparciem. Nie wiadomo, czy w państwie, które wciąż pogrąża się w długach i kryzysie będzie to realne.

Rosyjska flota u wybrzeży Syrii

Okręty Floty Czarnomorskiej przeprowadzą bojowe manewry niedaleko wybrzeży Syrii. Wypłynęły tam jeszcze w grudniu – trzy okręty desantowe i krążownik Moskwa.

Polityka Moskwy wobec konfliktu w Syrii budzi od początku wątpliwości i można się spodziewać, że obecność rosyjskich sił zbrojnych uczyni dyplomację rosyjską jeszcze bardziej twardą, a reżim el-Asada poczuje się mocniej. Rosja lubi instalować swoje wojska w miejscach konfliktowych, by zyskać jakieś argumenty na arenie międzynarodowej. Wystarczy przypomnieć rajd rosyjskich komandosów na lotnisko w Prisztinie w 1999 roku. Teraz wysłannik Moskwy na Bliskim Wschodzie i wiceszef rosyjskiej dyplomacji, Michaił Bogdanow, który właśnie przeprowadza negocjacje z przedstawicielami Syrii oraz USA i ONZ ma nowe karty w ręku.

Moskwa już od wielu miesięcy zapowiadała możliwość wysłania okrętów w kierunku Syrii. Oczywiście ćwiczenia antyterrorystyczne, jak określa się te morskie manewry, nie muszą oznaczać nic groźnego, ale jestem pewien, że już niedługo Siergiej Ławrow zasugeruje możliwość wykorzystania okrętów desantowych dla „uspokojenia” sytuacji w Syrii – gdyby była taka potrzeba oczywiście. Putin potrzebuje spektakularnego sukcesu – oby nie chciał go osiągnąć w syryjskim konflikcie.

Ukraińcy chcą do UE… i nie chcą

Centrum Razumkowa podało wyniki badań przeprowadzanych w grudniu na temat stosunku Ukraińców do UE i Unii Celnej. Wynika z tego, że 48 proc. obywateli Ukrainy woli UE niż sojusz z Rosją, przeciwnego zdania jest 40 proc. Ukraińców. I tylko 15 proc. Ukraińców chciałoby członkostwa ich kraju w NATO. Jednocześnie 38 proc. Ukraińców jest zdania, że ich kraj nie zmierza w żadnym kierunku, 24,4 proc. że zbliża się do Rosji i tylko 18,2 proc, że integruje się z Europą.

Przewaga zwolenników opcji europejskiej nie jest powalająca.

Niepokoi wysoki wynik, (blisko 40 proc) przekonanych, że Ukraina nie zmierza w żadnym kierunku. Niestety ci ludzie mają rację. Ukraina kluczy i lawiruje. Można powiedzieć, że w sumie to naturalna polityka, skoro żadna z opcji (UE, Rosja) nie ma zdecydowanej przewagi.Niestety w końcu trzeba się na coś zdecydować.

Być może zwolenników integracji z UE byłoby więcej i Ukraina rzeczywiście zbliżałaby się do Europy, gdyby te 48 proc. (kiedyś było więcej…) zwolenników integracji europejskiej, zamiast składać puste deklaracje, naprawdę coś na rzecz zbliżenia się ich kraju do UE robiło. A tak pozostaje wrażenie, że bardziej chodzi im o wizy do Unii, niż reformy w ich kraju.

Wołyń – zanim się zacznie awantura

70. rocznica wydarzeń na Wołyniu zbliża się nieubłaganie.W Polsce już trwają dyskusje na temat uchwały sejmu upamiętniającej ofiary. PO proponuje wersję koncyliacyjną, PSL chciałoby w ostrzejszych słowach odnieść się do tamtych wydarzeń. Można się domyślać, że PiS jeszcze będzie próbował przelicytować ludowców. Wołyń więc podzieli Polaków i z pewnością zaciąży na stosunkach polsko-ukraińskich. Ukraińcy bowiem są zupełnie nieprzygotowani do dyskusji o działaniach UPA na Wołyniu. Ci którzy rządzą mają to w nosie, ci zaś, którzy tego w nosie nie mają, raczej wybielają UPA i nie chcą poddać historii OUN-UPA poważnej analizie. Jest, owszem, garstka Ukraińców, którzy podchodzą do problemu poważnie, ale niestety nie oni nadają ton w ukraińskiej debacie – co smutniejsze to wciąż ta sama garstka przyjaciół Polski od lat. Ukraina w ogóle ma kiepską prasę w Polsce ostatnio i boję się, że sprawa Wołynia tylko pogorszy ten stan. Zanim jednak zaczną się awantury, warto zapoznać się ze stanem dyskusji nt. Wołynia. Jej wycinek prezentujemy w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”, gdzie polemizują ze sobą Grzegorz Motyka i Wołodymyr Wiatrowicz. Te teksty pokazują, jak daleko są zawodowi historycy od porozumienia.Motyka pisze m.in.:”Za niepoważną należy uznać niedawną wymyśloną przez Wiatrowycza teorię, jakoby
za pierwsze mordy na Polakach odpowiadały bliżej niezidentyfi kowane i niemające
nic wspólnego z banderowcami grupy tak zwanych siekierników. Powołuje się on
przy tym na starannie dobrane i wyrwane z kontekstu materiały radzieckiej partyzantki.
Ciekawe, że w tym przypadku dokumentacja OUN przestaje mieć dla niego
kluczowe znaczenie. Określenie „siekiernicy” faktycznie występuje w niektórych
radzieckich dokumentach, ale wynika z nich jednocześnie, że nazywano tak grupy
nacjonalistów ukraińskich”.

Ponadto także drukujemy artykuł Romana Kabaczija.

 

Takie sobie liczby

Centrum Lewady opublikowało wyniki sondaży na temat stosunku Rosjan do Ukrainy.
I tak:
33 procent Rosjan chciałoby, by Ukraina znajdowała się pod ekonomiczną i polityczną kontrolą Rosji. Jednocześnie ponad połowa (53 procent) Rosjan uważa, że Ukraina powinna być niepodległa i mieć dobre stosunku z ich krajem.
Co czwarty Rosjanin uważa, że stosunki między oby krajami się poprawią, co dziesiąty, że się pogorszą, połowa Rosjan jest zaś przekonana, że będą takimi jak teraz.
7 procent Rosjan ma do Ukrainy stosunek bardzo dobry, a 62 po prostu dobry. 20 procent Rosjan ma stosunek zły, a 3 procent bardzo zły.
I najciekawsze: ponad 60 procent Rosjan nie uważa Ukrainy za zagranicę. Przeciwnego zdania jest 37 procent ankietowanych. Pozostałe 3 procent nie ma zdania.

Logika procesu politycznego

Skazujący wyrok na Julię Tymoszenko był do przewidzenia – nie po to Janukowycz i jego ludzie rozpętali całą aferę, by potem nie doprowadzić jej do logicznego końca.
A w politycznych procesach logicznym końcem jest zawsze wyrok skazujący.
Z pewnością logika ta w pewnym momencie i dla rządzącej ekipy stała się niewygodna – ale ludzie ci nie mogli już na to nic poradzić. Stali się zakładnikami tego procesu w podobnym stopniu jak sama Tymoszenko (z tą różnicą, że oni martwią się w swych wygodnych gabinetach, a ona w areszcie).
Nie mogli okazać słabości – ta pociągnęłaby za sobą nieobliczalne dla nich skutki – nie mogli po prostu przyznać, że żadnej sprawy nie było, że zarzuty owszem są jakoś zasadne, ale mogą dotyczyć jedynie odpowiedzialności politycznej, a nie karnej.  Musieli Tymoszenko postawić w stan oskarżenia, potem aresztować i wreszcie skazać.
A przecież zdawali (czy na pewno?) sobie sprawę, że to zepsuje ich wizerunek w świecie. Że skomplikuje relacje z Unią Europejską.
A może mylnie interpretowali panujące w świecie zniesmaczenie chaosem rządów pomarańczowych jako przyzwolenie na brutalną rozprawę z opozycją? To znaczy, że naprawdę nie rozumieją demokracji.
I przecież musieli wiedzieć, że na dłuższą metę Tymoszenko tylko wzmocni się na tym wyroku, że wyrok zmyje z niej wszystkie grzechy.
Dlatego proces ciągnął się dłużej niż planowano – ciągle bowiem zastanawiano się, jak wyjść z tej afery z twarzą.
A jednak logika procesu politycznego była nieubłagana – wyrok musiał zapaść. I zapadł. 7 lat.
To oczywiście nie koniec sprawy – Tymoszenko będzie się odwoływać, to otworzy Janukowyczowi pole do kolejnych manewrów politycznych. Będzie kombinował jak sprawę załatwić, by pozbyć się Tymoszenko jako politycznego rywali, ale nie narazić się opinii międzynarodowej.
Ale jest oczywiste: te manewry wykonywane będą już w błocie.
A w błocie się grzęźnie.